Waszyngton.

Ostatnio zapomnialem napisać o nowym, chińskim hicie motoryzacyjnym – volkswagen passta. Chyba jakiś model na włoskiej licencji.

A teraz już jesteśmy w Waszyngtonie. Przyleciałem w czwartek wieczorem. Team mamy ten sam, co w zeszłym sezonie, czyli Stan Tulin z Kevinem Dwyerem i Alon Birman z Drorem Padonem. W piątek zaczął się trzydniowy turniej par, który Stan jak zwykle gra. Co prawda żeby grać trzy dni, to trzeba awansować do finału, więc codziennie sprawdzaliśmy wyniki, ale chłopakom udało się z przyzwoitym zapasem. Brydżowo więc się obijaliśmy. Ogólnie się raczej nie obijam, gdyż Waszyngton jest miastem, gdzie sporo można zobaczyć. W piątek zrobiłem sobie mały spacerek. Nasz hotel jest oddalony od Białego Domu i okolic o ok. 2,2 mili, czyli niecałe 4 km. Wykonałem trasę w obie strony, a jeszcze trochę połaziłem na boki. Obejrzałem sobie Biały Dom, Monument Waszyngtoński ( to ta wysoka, chuda wieża), pomnik Lincolna, pomnik żołnierzy IIWŚ, ogólnie kilka miejsc, które często widuje się na amerykańskich filmach. Wszystko to robi niemałe wrażenie. W okolicy było jeszcze parę ciekawych budynków, ale już nie miałem siły. W całości przeszedłem ok. 13 km. Wszystko by było pięknie, gdyby nie temperatura, która wynosiła jakieś 35 stopni i był to jak na razie najchłodniejszy dzień. Trochę później ten spacer czułem. Widziałem też całkiem sporo ludzi, którzy przy tej pogodzie sobie biegają. Tylko podziwiać. W sobotę postanowiłem tak dużo nie łazić, więc wybrałem się do ZOO. Oni tu mają Instytut Smithsona, czyli (cytuję za Wikipedią):największy na świecie kompleks muzeów i ośrodków edukacyjno-badawczych, mieszczący się głównie w Waszyngtonie. ZOO również się do kompleksu zalicza, w związku z czym ma poważną zaletę – wstęp jest darmowy. Podobnie jak do wszystkich innych obiektów, czyli muzeów itp. Drugą zaletą jest fakt, że jest blisko. Jakieś 700 metrów od hotelu. Są też jednak pewne wady, jak na przykład brak zwierząt. Nie, że ich tam całkiem nie ma, bo nie podejrzewam Amerykanów o takie poczucie humoru, tylko się w większości pochowały w cieniu i ja im się specjalnie nie dziwię, bo temperatura wzrosła. Sam bym się chętnie schował. Widziałem tylko słonie (chyba są biedaczyska za duże, żeby się schować) i ptaszarnię. Pewnie gdzieś w głębi coś jeszcze było, ale mniej więcej po godzinie stwierdziłem, że mam dość i wracam, a jeśli koniecznie będę chciał zobaczyć pandę, to sobie włączę kamerę na żywo. Potem jeszcze spróbowałem pójść na basen, ale tam też wytrzymałem pół godziny. W niedzielę Stan dalej gra pary, a my z DżejDżejem zaliczyliśmy muzea. Tym razem pojechaliśmy metrem. Co prawda kawałek w słońcu i tak trzeba było przejść, ale na szczęście nieduży. A w budynkach przyjemny chłód. Odwiedziliśmy historię naturalną oraz lotnictwo i loty kosmiczne. Robi wrażenie, szczególnie to drugie. Mają oryginalne części różnych Sputników i innych Apollo. Twierdzą też, że prawdziwy jest samolot braci Wright. Ja im tam wierzę. Obok są jeszcze Indianie, historia Ameryki, galeria sztuki i parę innych ciekawych rzeczy. Samolot powrotny mam w poniedziałek po 22, więc zakładam, że coś się jeszcze uda zobaczyć. Wczoraj rozpoczął się Spingold. Najpierw była runda wstępna, czyli przycięcie do 64 drużyn. Po cichu liczyliśmy na bye, ale zebrało się aż 91 teamów, więc wolne miała tylko pierwsza trójka. My mamy nr 19, więc trzeba było grać. Numery 4-13 grały jeden mecz z najniżej rozstawionymi, a reszta trafiła do grup czterodrużynowych. Mecz 30 rozdań i wygrany ma spokój, a przegrani grają ze sobą. Nasz przeciwnik raczej nie najmocniejszy. Kolejną szansą było, że nasi zrobią duży wynik w pierwszej (my jak zwykle gramy 2,3,4) i się poddadzą. Wynik co prawda był, bo +67, ale chcieli sobie jeszcze pograć. Należy jednak uczciwie stwierdzić, że się nie przemęczyliśmy. Drugą składkę zagraliśmy w około godzinę, była zresztą dosyć płaska. Wygrali nam co prawda szlema na impasie, bo im się system zwiesił, ale to było na dwa rozdania przed końcem. W drugiej dołożyliśmy jakieś drobne. W tej fazie na pewno wielką sensacją było wyeliminowanie Hammana przez team Bielecki z Panem Rektorem na czele i Łukaszem i Igorem do pomocy. Po połowie prowadzili z 25. Nadal z pewnością nie byli faworytem. Poszedł nawet zakład. Nie powiem kto się założył i jakie były oddsy, ale nie były równe. W każdym razie jeden członek naszej drużyny nie musi płacić za śniadania do końca wyjazdu. Przed ostatnią składką zostało 7 impów. Nie wiem nawet jaki był wynik ostateczny, bo mi strona acbl nie działa od rana, ale w każdym razie wygrali. Chłopaki przejęli nr 5, więc mogą liczyć na przynajmniej jeden relatywnie łatwy mecz. Jeśli chodzi o naszą drabinkę, to dzisiejszy przeciwnik raczej do ogrania, a potem zaczynają się schody. Zobaczymy. Oczywiście jak zwykle były poważne zawirowania z punktami do rozstawienia. W kuluarach mówi się, że jakiś gość napisał program, a potem zniknął i wszystko jest pomieszane. Nie wiem ile w tym prawdy, ale faktycznie coś jest nie tak. Nam ucięli gdzieś po połowie, Pszczole i Martensowi chyba podobnie, gdzieś tam komuś coś dodali. Największym hiciorem jest jednak to, że Kluk ma więcej od Gawrysia. Z całym szacunkiem do Michała, to, o ile dobrze kojarzę, wszystkie poważne wyniki zrobił w parze z Piotrem (ok. raz był chyba z Tuczem w trzeciej rundzie, ale to nie jest warte 6 punktów), który z kolei bez niego też coś tam wygrał. Oczywiscie pojawiły się komentarze, że wreszcie się goście poznali kto jak gra. Śmiesznie. Po interwencji poprzyznawali nam jakieś punkty wirtualne. Nie wiem do końca o co w tym chodzi, ale jakoś jest. Nie ma to zresztą aż takiego znaczenia, zwłaszcza, że po sali kręci się trochę Chińczyków, którzy punktów mają malutko, a grać potrafią. Strasznie ich dużo najechało, chyba nawet więcej niż Polaków, których też jest wyjątkowo dużo. Pozostaje mieć nadzieję, że w dalekich rundach będzie nas więcej niż ich. Trzymajcie kciuki!