Trudny powrót z Reno.

Tytuł mógłby sugerować, że dzień wcześniej była impreza, ale to nie ten przypadek. Mieliśmy lecieć w poniedziałek przed 13 przez San Francisco i Frankfurt. Najpierw lot się opóźnił, więc nas przenieśli to nieco późniejszy. Potem się opóźnił jeszcze bardziej, więc z 16 przesunęli nas na 22 przez Monachium. Przed piętnastą okazało się, że samolot w ogóle nie poleci, bo wieje i nie ma jak wylądować. Większość z nas nie chciała kwitnąć na tym lotnisku nie wiadomo jak długo, więc na szybko wynajęliśmy samochód i pojechaliśmy do San Francisco. Trochę się nas tam zebrało, więc trzeba było wziąć dwa duże. Pojechaliśmy w siódemkę. Auto było niby siedmioosobowe, ale ktoś chyba nie uwzględnił tego, że ludzie jeżdżą z bagażami. W konsekwencji jechałem z walizką na kolanach. W dodatku jakiś geniusz konstrukcyjny umieścił zagłówek na wysokości pleców i za nic nie dało się go ruszyć, więc się bardzo ładnie wbijał. Ale to w sumie był najmniejszy problem. Najpierw trzeba było ten samochód dostać. Udaliśmy się na parking, a tam operowała postać jak z filmów Bareji. Nie wiem ile pan ma lat, ale raczej dużo. Coś przeglądał najpierw w papierach, potem w kluczykach, nie spiesząc się zbytnio, po czym dostojnym krokiem się oddalił. Wrócił po kilku minutach i stwierdził, że nie ma tego samochodu. Wszystko to trochę trwało, a nam się niewątpliwie spieszyło. W międzyczasie ktoś z nas poszedł po kierownika, który w miarę sprawnie dał nam inny egzemplarz tego samego samochodu. Okazało się, że tamtem stał, ale za nic nie dało się znaleźć do niego kluczyków. Ruszyliśmy. Oczywiście przy przebijaniu się przez górę znowu złapała nas zamieć śnieżna. Na szczęście mieliśmy napęd na cztery koła, więc nie trzeba było zakładać łańcuchów. Jechaliśmy sobie dalej i w pewnym momencie samochód jadący przed nami zaczął się obracać. Na szczęście wszystko było na małej prędkości, a Rafał wykazał się świetnym refleksem i zdołał jakoś odbić w lewo i pana wyminąć. Poślizgowcowi też się zresztą nic nie stało, tylko się pewnie strachu najadł. Dalej już było bez większych przygód, nawet korków w San Francisco nie było, więc dojechaliśmy z lekkim zapasem. Nasi koledzy też jednak swoje przeżyli. Wyjechali nieco po nas. W piątkę takim samym samochodem, więc było im nieco wygodniej, ale okazało się, że ten model ma napęd na dwa koła, więc w górach musieli założyć łańcuchy, co trochę trwało. Tutaj przejechali sprawnie, ale potem łańcuchy trzeba było zdjąć. Zatrzymali się w tym celu na poboczu, ale pobocze okazało się punktem ratunkowym dla ciężarówek bez hamulców. Wysypane dużo kamieni, w które samochód się zapada i przy okazji hamuje. No i się zapadli. Wyjechać się nijak nie dało. Na szczęście przejeżdzał jakiś ciężarowiec, który ich wyciągnął. Zdążyli na styk. Dalsza podróż przebiegła bez sensacji i już we wtorek przed północą byłem w domu. W środę sobie posiedziałem, a w czwartek przed południem udałem się na lotnisko. Tym razem polecieliśmy do Pekinu. Gramy chińską ligę w drużynie Pan China. Mamy bardzo dobrą drużynę. To są ci Chińczycy, którzy parę razy ograli nas w Ameryce. Między innymi Rzeżucha z partnerem. Jest trochę zagranicznych zawodników. Patrząc na to co robią w piłce nożnej, to dziwne, że nie w każdej drużynie. Jest limit jednej zagranicznej pary na team. Raczej rozsądnie. Są dwie topowe pary holenderskie, dwie z Izraela (w tym nasz kolega Padon, ale bez Birmana) no i my. Poza tym Chińczycy, bo parę z Singapuru też można podciągnąć. Przylecieliśmy do Pekinu o 7 rano. Zameldowali nas w hotelu, a dzień później była zbiórka drużynowa i polecieliśmy do Wuhanu, gdzie się gra. W Pekinie ostatnio byłem osiem lat temu. Na oko trochę się pozmieniało. Przede wszystkim samochody. Przedtem większość to były chińskie marki. Teraz przeważają zagraniczne i to raczej z tych porządnych. W większości to chyba rzeczywiście są te samochody, chociaż widziałem też peugeota 3008. Ciekawostka. Tylko styl jazdy się nie zmienił. Każdy się wciska gdzie może. Wygląda to dużo lepiej niż było w Indiach, ale i tak nie chciałbym tu jeździć. Pieszy ma uważać, żeby nie wejść pod maskę. Nie spotkałem się z przypadkiem, żeby kierowca kogoś przepuścił. No i potworne korki. Wuhan to średniej wielkości miasto z grubsza w środkowych Chinach. Jakieś dziesięć milionów mieszkańców. Widok z okna na morze wieżowców. System rozgrywek jest dosyć skomplikowany. Na razie jest szesnaście drużyn i gra się każdy z każdym po dwadzieścia rozdań. Pierwsza szóstka awansuje dalej, siedem – dziesięć grają ze sobą i dwie przechodzą, a reszta ma wolne i chyba spada do niższej ligi. Albo gra jakieś baraże. Nie wsłuchiwałem się, bo miałem nadzieję, że nas to nie będzie dotyczyć. Mamy trzy pary, więc gramy po dwa mecze dziennie. Pierwszego dnia nam gierka lekko nie szła, ale nasi Chińczycy załatwili innych Chińczyków i uzbieraliśmy 40 vp i drugie miejsce. Aha, skala jest 20:0 ułamkowa. Później już było lepiej i aktualnie prowadzimy. Kilka vp za nami czai się Red Bull z Mullerem i DeWijsem, nad trzecim mamy już ponad 20 przewagi, a nad siódmym ok. 30. Nie ma dramatu. Właśnie się kończy trzeci dzień – nasi dogrywają mecz. Niby gramy na ostatnią drużynę, ale stawiają opór. Ale coś tam prowadzimy.

Raz dostałem:

AKxx Dx W987xx x

Partner spasował, z prawej kier, obie przed. Źle lub dobrze dałem kontrę. Jacek bez atu, z prawej dwa kier. Teraz niestety 3 karo to będzie duża karta, więc spasowałem, ale partner 2nt, a z prawej 3 trefl. Zgłosiłem w końcu kara i się ostało. Wist w kiera i w stole:

Dxx W98x AK xxxx

Pan wziął królem i zagrał króla i asa trefl. Przebiłem, a z lewej rzucił na parzyście. Karo do króla – nic nie spadło. Co teraz? Wiadomo, że z prawej ma 64. Pytanie gdzie ma singla, a gdzie dubla. Jest parę drobnych przesłanek. Z pięcioma pikami ten z lewej mógłby próbować się wcisnąć po kontrze. Poza tym singla pik mógł zagrać. I tak jakoś czułem generalnie. Więc trefl przebity, pik do damy, pik do króla (dołożyli!), as pik – z prawej kier, pik przebity asem karo, trefl przebity i w trzykartowej końcówce miałem W9 karo i damę kier, a ten z lewej same kara, więc po zagraniu kiera był wpuszczony. 110. Mała rzecz a cieszy. (w międzyczasie nasi docisnęli i jednak z meczu 17,5)