Tromso - miejsce, gdzie słońce nie zachodzi.

Tromso to miasto na północy Norwegii. Leży mniej więcej na 69 stopniu szerokości geograficznej północnej, a więc za kołem podbiegunowym. Powiedzenie tam: "wróć przed zmrokiem" nie ma specjalnie sensu, a to z powodu dnia polarnego, który trwa od połowy maja prawie do końca lipca. Słońce w tym czasie w ogóle nie zachodzi. Zorganizowanie Otwartych Mistrzostw Europy w takim miejscu wydawało mi się pomysłem co najmniej oryginalnym, tym bardziej, że to w Norwegii, co przekłada się na niezbyt umiarkowane ceny. Frekwencja nie zachwyciła, jak można było się spodziewać, chociaż co nieco uratowali ją gospodarze. Pod tym względem było lepiej niż np. w Sanyi, na który to wyjazd przeciętnego Chińczyka raczej nie było stać. Norwegów koszty raczej nie przerażają.

My byliśmy tam w miarę krótko, bo pojechaliśmy tylko na teamy. Skład atomowy, bo czterech świeżych mistrzów świata – Gołębiowski, Jassem, Mazurkiewicz, Starkowski no i my z Jackiem. Zgłosiły się 102 drużyny, z czego po dwóch dniach eliminacji (10x10 rozdań) 16 awansowało do fazy pucharowej. Swoją drogą dystans eliminacji dosyć żartobliwy, ale wiele już napisano na temat formuły mistrzostw, więc nie będę tu tej myśli rozwijał. U nas "nie pawiezło". Początek był słaby, w dodatku piątą rundę na stole nr 34 przyszło nam grać na team Levin – Weinstein i Dubinin – Gromov i dostaliśmy sromotne lanie. Pierwszą rundę drugiego dnia nasi koledzy też lekko przegrali i wyprzedzaliśmy już niewiele drużyn. Potrzebny był szybki pościg. Pobieżne wyliczenia wykazały, że cztery wysokie zwycięstwa dadzą nam szansę. Łatwo powiedzieć. Prawie się udało. W ostatnich czterech rundach zgromadziliśmy 70 z 80 możliwych punktów, ale jeszcze ciut zabrakło. Gdyby w ostatniej rundzie wyniki na innych stołach ułożyły się po naszej myśli, to byśmy weszli. Grająch w teamie o nazwie "Mazurkiewicz" można liczyć na cuda, ale tym razem dnia dziecka nie było. Skończyliśmy na 22 miejscu. Nie jest to wynik kompromitujący, ale trudno to uznać za sukces. Jedno z rozdań było dosyć smutne. To był drugi mecz fazy pościgowej, czyli runda nr osiem. Dostałem:

ADWxx

x

AK

KDWxx

I licytowaliśmy:

1p – 1nt

2t – 2c

3t – 4t

4k – 4nt

6t – pas

2t to godżilla, czyli naturalne albo od 16, 2 kier słabe naturalne, 3 trefl silne 55 nieforsujące, 4 trefl inwit. Wiedziałem, że ewentualny szlemik nie będzie kontraktem marzeń, ale punkty były potrzebne. Spróbowałem cue bidem, 4nt oznaczało dobrą kartę w ramach licytacji. Spróbowałem szlemika. Jak partner nie ma singla pik, to będzie na impasie, a jak ma to coś się poprzebija. Może będzie miał damę karo i nie wyjdą w kiera. Asa trefl w stole można być pewnym. Jakoś to będzie. Wist as kier, wyjechało:

 

x

Wxxxx

W10xx

Axx

W drugiej lewie kier do króla. Wydaje się, że najprościej zagrać as pik, pika przebić, karem do ręki, pika przebić. Jak spadnie król, to as trefl, karem do ręki i atuty. Jak nie spadnie, to karem do ręki, pika asem trefl, coś przebić i atu musi się dzielić 3-2. Niestety z prawej odłożyły się 4 atuty, a król pik był czwarty z lewej, więc nie dało się wygrać. Na drugim stole przeciwnicy zagrali 3 trefl. Z tego meczu wzięliśmy tylko 14,5 vp. Jakby szlemik wyszedł, to kto wie jakby się to dalej potoczyło. Z drugiej strony nie można tego analizować w ten sposób, bo moglibysmy trafić na innych przeciwników itd.

Może parę słów o samym Tromso. Miejsce jest niewątpliwie bardzo ładne. Znajduje się na wyspie, otoczone wodą i górami. Widoki piękne. Dzień polarny to na krótką metę fajna sprawa. Cały czas jasno. Patrząc na zegarek można się nieco zdziwić, że jest już na przykład po północy. A ludzie w tym czasie sobie stoją, rozmawiają, niektórzy jeżdżą na rowerach. W spaniu też jakoś bardzo nie przeszkadza, bo zasłony w oknach mają porządne. Jednak na dłuższą metę wolę jak się robi czasem ciemno i po powrocie do kraju było zadowolony, gdy zapadła noc. Jest też tam dosyć zimno, chociaż w okolicy przepływa jakiś ciepły prąd, więc latem koło 15-16 stopni zwykle jest. Co do warunków gry, to wyglądało to wszystko dosyć topornie, bo przysposobiono chyba jakąś halę rozładunkową, ale nie było tak strasznie. Na sali było w miarę chłodno, ale na pewno lepiej gra się w takich warunkach niż w trzydziestostopniowym upale. Teraz znowu kilka dni przerwy a potem do Sopotu..