Sandestin - krótka lekcja pokory

Wydawało się, że pójdzie gładko. Po pierwszym, gładko wygranym turnieju, byliśmy dobrej myśli i szykowaliśmy się do kolejnych zwycięstw. Te niestety nie przyszły. W kolejnym knockoucie polegliśmy w drugiej rundzie po słabej grze. W następnym przegraliśmy finał. Tym razem przeciwnicy zagrali dobrze i mieli troche szczęścia. Nie poszła nam na przykład popartyjna końcówka wymagająca dwóch podziałów 3-2. Nie podzieliły się. Szesnaście w obrocie. Zostały nam dwa swissy w sobotę i w niedzielę. Każdy siedem rund po siedem rozdań. Niezwykle ostra skala 30:0. Wygrana impem to wynik 18:12! Czterema to 21:9. Później nieco zwalnia. Trzeba wygrywać, nawet jeśli niewysoko. W turniejach tych dopadło nas chyba jakieś fatum. W sobotę zaczynamy na naszych pogromców z piątkowego finału. Bierzemy srogi rewanz – 58 – 0 w siedmiu rozdaniach. Po pięciu rundach mamy 130 VP i prawie mecz przewagi nad drugim. Jednak pierwsze oznaki pecha już się pojawiły. Nasi zagrali szlemika w kara. Bokiem oddawali asa, a w atutach mieli AKW98xx do D. Oczywiście piąta dycha tyłem. U nas panie godnie doczłapały się do 3nt. Kosztowało to 10 VP. Dwa ostatnie mecze gramy na teoretycznie słabych przeciwników. Niestety grają wszystko jak trzeba. Poza tym raz częstują nas sekwencją 1 pik – 3nt – 4 pik. Pani wytłumaczyła, że 3nt było z fitem. Pan wyłożył dubla, więc grali na 5 – 2, ale była to jedyna wychodząca końcówka. W efekcie odnotowujemy dwie niewielkie porażki, a czający się z tyłu biorą dwie taryfy i lądujemy na drugim. W niedzielę znowu dopada nas zmęczenie materiału i gramy słabo. Mimo to po czterech meczach mamy 115/120. Ale tym razem w ostatnich trzech zbieramy całe siedem punktów i kończymy na czwartym miejscu. Dramat. Nie udaje się nawet wygrać klasyfikacji zdobytych pekaelków, co tutaj przekłada się na wygranie całego turnieju. Zostajemy minięci o dziesiąte części punktu na ostatniej prostej przez dwóch innych zawodników. No trudno, trzeba przełknąć tę gorzką pigułkę. Ostatecznie to nie koniec świata. Za to pozabrydżowo tydzień bardzo przyjemny. Bardzo miła okolica, ciepło, obok morze, a dookoła pola golfowe. Koło wynajętego przez nas domu drzewo zamieszkiwane chyba na stałe przez parę wiewiórek. Jednym słowem sielanka. Paul, nasz sponsor to bardzo sympatyczny facet i w sumie niezły gawędziarz i bajerant. Pochodzi z RPA, ale siedzi w Stanach już kilkadziesiąt lat z przerwami na pomieszkiwanie w różnych ciekawych zakątkach globu. Zagadywał i flirtował z praktycznie wszystkimi kelnerkami i opowiedział nam trochę ciekawych historii. Jego żona pochodzi z Francji. Gdy się poznali wiele lat temu, to nie mówiła ani słowa po angielsku. On nie mówił po francusku, ale jakoś sobie poradzili. W każdym razie pewnego dnia przyjechała do niego do domu, żeby poznać rodziców. Powiedział jej wcześniej, że jak chce zrobić dobre wrażenie na matce, to witając się powinna powiedzieć "f*ck you". Tak też zrobiła. Mama na chwilę zamarła, ale w sekundę pojęła co się stało i tylko uściskała przyszłą synową. "Wiecie, mialem 19 lat" – kończy Paul. Graliśmy różnie, ale czasem nawet lepiej. Oto całkiem zgrabny szlemik w naszym wykonaniu.

 

Ax

AK10xx

Ax

KW10x

 

do

xxxx

D9xxx

Kxxx

-

 

I sekwencja:

pas – 1 kier

2 pik – 2nt

4 trefl (x) – pas

xx – 4 karo

4 kier – 4 pik

5 karo – 6 kier

 

2 pik to mixed raise, czyli 4+ atuty i 5 – 9 pc, 2nt powiedz coś więcej, 4 trefl krótkość, rekontra renons, dalej cue bidy. Na drugim stole nasi aktywnie licytowali, więc przeciwnikom było dużo trudniej i utknęli w końcówce.

 

Jeszcze parę ciekawostek z poprzednich tygodni.

W Charlottsville gramy jakiś półfinał na Meckwelli. My na panią Lynch. Kończymy swoją część rozdań, ale nie możemy się doczekać na karty od nich. W pewnym momencie pojawia się Rodwell i mówi, że oddał je już z dziesięć minut temu. Rozpoczynają się poszukiwania. Nigdzie tych kart nie ma. Kolega caddy (ten noszący, jakby ktoś nie pamiętał) biega po różnych pokojach, sprawdza, nie ma. W końcu okazuje się, że owszem, Rodwell karty oddał, ale przechodzącemu akurat panu z ochrony hotelowej. Tamten dostał, to wziął i poszedł. Potem okazało się, że mieli jedno fatalne rozdanie, więc nabraliśmy podejrzeń, że zrobił to specjalnie (to oczywiście żart).

David Berkowitz opowiadał nam, że w połowie lat siedemdziesiątych w Nowym Yorku działał seryjny morderca, który nazywał się... David Berkowitz. Gdy go złapali i podali dane do publicznej wiadomości, to okazało, że nie dość, że się tak samo nazywa, to jest w tym samym wieku co "nasz" oraz pochodzi z tego samego miasta i mieszka też w tym samym. Ponoć większość znajomych była ufna, ale paru już przygotowywało paczki do więzienia.

W poniedziałek rano znowu się przemieściliśmy. Tym razem do Wilmington w Północnej Karolinie. To już ostatni tydzień naszego małego maratonu. Tym razem gramy z Józiem Blassem, któremu partneruje występujący już na tych kartach Pepsi. Na szczęście są posiłki – dojechali Rafał z Wojtkiem, więc gramy w trzy pary i miewamy chwile odpoczynku. Turniej jest bardzo silnie obsadzony, w naszym brackecie praktycznie nie ma kelnerów. Mimo to udało nam się wygrać pierwszy knockout i to w dosyć przekonującym stylu. U nas były co prawda niewielkie rezerwy, ale pozostałe pary zagrały znakomicie. Dziś zaczynamy kolejny, a potem następny i tak dalej. Pogoda wbrew prognozom dopisuje. Jest co prawda chłodno, ale słonecznie. Oby tak było dalej – i na zewnątrz i przy stole brydżowym. Trzymajcie kciuki!