Potencjał obrotowy.

Skończył się regionals w Gatlinburgu. Misie wróciły do lasu, a my do domu. Tym razem bez żadnych komplikacji, co gdy wylatuje się w niedzielę z niedużego miasta w USA jest dalekie od oczywistości. W piątek rano wjechaliśmy sobie na jedną z gór kolejką linową. Na górze był ładny widoczek i mini zoo. Były oczywiście niedźwiedzie, a poza tym wydry, rysie i nawet skunks. Postanowiliśmy zejść pieszo. Amerykanie dziwnie na nas patrzyli i twierdzili, że droga jest niebezpieczna, a poza tym to bardzo daleko. Niebezpieczna droga okazała się bardzo ładną górską szosą, a daleko to było ok. 5 km. Widać chodzenie piechotą nie jest u nich zbyt popularne. Po takim spacerze i dotlenieniu dużo lepiej się myśli, co od razu przełożyło się na wyniki. Półfinał i finał wygraliśmy gładko, więc mieliśmy już dwa zwycięstwa na koncie. Wcześniej w czwartkowy wieczór trzeba było wygrać drugą rundę. Wyglądało, że prowadzimy, kiedy przyszło ostatnie rozdanie, z którego wziąłem tytuł. Być może fizykom termin ten kojarzy się z czymś innym, ale w brydżu najprościej mówiąc jest to liczba impów jaką dany rozkład może wygenerować. 29 pc na linii i składy zrównoważone są mniej impogenne od układów 66. Przeciwnicy licytowali:

1k – 1c

2nt – 3nt

2 nt to było 18-19 w równym. Przed wyłożeniem dziadka, tenże (dziadek) stwierdził, że przydałby się jakiś swing potential, czyli po naszemu właśnie to, przynajmniej tak sobie przetłumaczyłem. Po czym wyłożył:

 

xxx

W10xx

AK109

Dx

Stwierdziliśmy, że coś marny ten potencjał, odpowiedział, że może impa albo dwa się wyszarpie. Partner w pika, a ja miałem:

 

xxx

Kxx

xx

KWxxx

Rgr zabił asem i zagrał damę kier. Jacek zabił asem i wyszedł w 7 trefl – małe, walet, as. Przeciwnik nawrócił, dwójka, dama, król. O co tu chodzi, jaki jest układ treflowy? Chwilę podumałem, w końcu wzruszyłem ramionami i zagrałem trefla. Najwyżej puszczę jedenastą lewę. Rozgrywający zabił dziesiątką... pik. Przyjrzał się jej, stwierdził, że nie ta karta, a potem, że chyba mu nie poszło układanie kart. Poprawił na dziewiątkę, partner wziął dychą (tą właściwą) zagrał kiera i bez dwóch, gdzie dziewięć lew było z góry. No cóż, błąd optyczny, zdarza się, nie ma się w sumie z czego cieszyć, ale tutaj partner pechowca błysnął komentarzem:

 

  • Widzicie? Mówiłem, że rozdanie ma potencjał.

 

Na szczęście nie miało to żadnego znaczenia dla wyniku meczu, bo wygraliśmy dosyć wysoko. W sobotę i niedzielę nie było już dwudniowego knockoutu, więc w sobotę musieliśmy grać compact knockout, który wygląda tak samo, tylko wszystko jest o połowę krótsze. No i przegrywający w rundzie nieparzystej gra jeszcze następny mecz, ale nie jest on specjalnie istotny. A, i jeszcze można grać tylko w czwórkę. Reszta identycznie. Józio z Jackiem przynosili świetne stoły, więc trzy rundy przeszliśmy bez problemów, ale finał był mocno zacięty. Z naszego stołu widać było, że może być koło remisu. Liczymy wyniki i wyszło, że przegraliśmy trzema impami. No cóż, trudno, zdarza się. Idziemy pogratulować przeciwnikom, zresztą naszym dobrym znajomym, ale oni też nam gratulują i twierdzą, że wygraliśmy impem. Okazało się, że jeden z naszych zawodników (bez nazwisk) wygrał bez atu za 90, ale zapisał je przeciwnikom. Poza tym źle policzył punkty, bo wg tego co miał na kartce, przegraliśmy czterema, ale to nie miało znaczenia. W każdym razie uff. Kolejny mecz wygrany minimalną różnicą. Ale to nie koniec farta. Nie do końca. W jednym rozdaniu inny zawodnik (dalej bez nazwisk) grał końcówkę pikową. Miał kolor boczny K10xx do Dxx i wyszło mu, że za K10 są cztery sztuki. Wyeliminował boki i zagrał króla. Trafił, bo przeciwnik miał AWxx. Bardzo ładne zagranie. To było warte impa. W innym rozdaniu ten sam zawodnik bronił przedpartyjnego bez atu. W pewnym momencie znalazł się w pozycji, w której miał w ręce bez jednej, ale mógł zagrać, że partner ma dokładnie AW10 w kierach (wiadomo było, że ma trzy sztuki) i jak ma to dwie nogi, ale jak nie ma, to swoje. Zagrał, miał, bez dwóch. Za mecz. Po meczu ten dobry partner, co miał te AW10 rzekł:

- Bardzo się cieszę, że wygraliśmy, ale dlaczego właściwie tak dziwnie zagrałeś?

- Źle policzyłem lewy – padła odpowiedź.

 

Czasem trzeba mieć trochę szczęścia.

W niedzielnym swissie już niestety nie było tak szczęśliwie. Przed ostatnim meczem prowadziliśmy ex aequo z naszymi przeciwnikami i okazało się, że wystarczyło minimalnie wygrać, żeby wygrać turniej. Niestety polegliśmy kilkoma impami i w sumie spadliśmy na piąte miejsce. Ale i tak tydzień można uznać za udany.