Mistrzostwa Rosji.

Na początek mała anegdota z Wilna, o której zapomniałem ostatnio. Jeden z holenderskich zawodowców ma na imię Sebastian, ale wszystkim znany jest jako Bas. Na nazwisko ma Drijver. W całości Bas Drijver, co po angielsku brzmi prawie jak bus driver, czyli kierowca autobusu. W Esperanzie były jakieś przejściowe problemy z pokojami, ale w końcu udało się ulokować prawie wszystkich, z wyjątkiem Basa właśnie. Padło więc pytanie: And what about Bas Drijver? Na co pan Litwin z recepcji odpowiedział: Kierowca? Mamy tu taką szopę dla naszych pracowników, w której sypiają, to możemy go położyć razem z nimi..

Ostatni weekend spędziliśmy z Jackiem w Moskwie, a w zasadzie pod Moskwą. Graliśmy Mistrzostwa Rosji, czyli taką ichniejszą ligę, która jednak w odróżnieniu od naszej ma tylko jeden zjazd finałowy. Przylecieliśmy w środę, poszliśmy całą drużyną do bardzo przyzwoitej stekowni – tutaj mała ciekawostka – byłem już parę razy w życiu w tego typu knajpach, ale chyba pierwszy raz spotkałem się z przykładowymi kawałkami. Otóż pan kelner przyniósł w pewnym momencie dwa talerze z różnymi kawał(k)ami mięsa i zaczął pokazywać – eto ribaj, eto new york itd. Po kolacji zostaliśmy zawiezieni na miejsce gry – do pensjonatu znajdującego się ok. 40 km od stolicy Rosji. Okolica bardzo ładna – dużo lasów, świeże powietrze, dzikie zwierzątka, m.in. na pół oswojona para lisów, ale sam pensjonat pamiętający chyba czasy radzieckie, i to pamiętający dosyć dobrze. Widać, że przydałby sie remont. Jak w czwartek poszliśmy na śniadanie, to poszliśmy dwa razy – pierwszy i ostatni. Na szczęście pozostałe posiłki okazały się nieco bardziej jadalne. Poza tym na sali gry było do wyboru trochę bułek, ciastek i tym podobnych rzeczy i wszystkie całkiem smaczne. Poza tym dobra kawa – jedyny mankament to tempo działania ekspresu momentami powodujące kolejki, ale zawsze można było podejść w trakcie meczu. Ogólnie więc wielkiego dramatu nie było. Jeśli chodzi o samą grę, to było dwanaście drużyn, z czego osiem rdzennych i cztery armie zaciężne. Grali między innymi Lauria z Versace i trzy z topowych par holenderskich. My mieliśmy w drużynie Gromova z Dubininem oraz parę Aleksiej Bogach z Maksimem Feofanovem (mam nadzieję, że nie porobiłem błędów w nazwiskach). Ten ostatni był niby sponsorem, ale w fazie round robin wygrali butlera. Formuła była taka, że grał każdy z każdym, a potem dwie pierwsze drużyny występowały w finale, dwie następne walczyły o trzecie miejsce, a reszta ćwiczyła swissa. Przed zawodami można było typować, że gra o główne trofea odbędzie się między zagranicznymi. Ostatecznie tak się stało, ale w międzyczasie emocji nie zabrakło. My zaczęliśmy dosyć niemrawo, ale potem się rozkręciliśmy i wygrywając wysoko kilka ostatnich meczów z bezpieczną przewagą zajęliśmy pierwsze miejsce. Walka o drugie toczyła się do ostatniego rozdania. Ostatecznie udało się drużynie w składzie Muller – De Wijs (Holandia), Matushko – Chochlow, Khiuppenen – Sterkin (znowu nazwiska), która wyprzedziła team w całości rosyjski o niecałe 0,3 vp. Według "teorii farta" nie był to dla nas dobry prognostyk przed finałem. Pomijając już fakt, że była to drużyna dużo lepsza na papierze, to zwykle jak ktoś awansuje o włos, to potem już jakoś mu leci. I faktycznie – finał był dosyć jednostronny. Pierwszą szesnastkę z czterech wygraliśmy impem, co razem z carry over wynikłym z przewagi w round robin dało ponad dziesięć punktów na plusie. W drugiej pauzowaliśmy, a naszym niestety nie pawiezło i po dwóch było trzydzieści w plecy. W trzeciej dołożyli dwadzieścia, do czego niestety się przyczyniliśmy. Ostatnia to już były dożynki, co często występuje przy takiej stracie i bywa spowodowane próbami odrobienia. I takim to sposobem nasi przeciwnicy odnieśli zwycięstwo, a my zostaliśmy wicemistrzami Rosji. Jako, że grało się gdzie się grało, to było parę zabawnych historii. W zagadkach, powiedzmy logicznych, specjalizuje się nasz kolega z drużyny Bogach.(czyt. Bogicz). Z jego ust usłyszeliśmy rosyjską wersję zagadki chyba z zapałkami:

  • masz sześć szklanek wódki w jednej grupie i pięć w drugiej. Możesz wypić ile chcesz z dowolnej grupy, ale nie możesz ruszyć obu grup na raz. Kto wypija ostatnią szklankę, ten przegrywa. Gra się oczywiście w dwójkę. Wolisz zaczynać, czy być drugi?

Aleksiej jest też gorącym zwolennikiem takich konwencji wistowych jak "obvious shift" i "top of nothing". Nie napiszę nawet co to jest, bo nie jestem pewny, ale ponoć dużo ludzi tak gra. Każde wspomnienie o w/w powodowało komentarz Andriuszy (Gromova) w stylu:

- idź ty lepiej Bogicz w stakany (szklanki) grać, a nie w brydża. Trzeba było tam być, żeby załapać cały klimat sytuacji, ale zapewniam, że było wesoło. W ogóle wszyscy przez prawie cały czas mówili po rosyjsku. Jest to język, którego nigdy się nie uczyłem, ale przez dosyć częste kontakty z rosyjskimi brydżystami trochę się osłuchałem i sporo rozumiem. Drugiego dnia rozumiałem już praktycznie wszystko, a trzeciego sam już zasuwałem bez problemu. Rewelacyjna sprawa.

Gdy jechaliśmy przez Moskwę, zobaczyłem budynek, który wydał mi się znajomy. Tak, tak, to był ichni pałac kultury i nauki. Okazało się, że mają takich siedem. Jak coś robić, to z rozmachem.

Rozwiązanie zagadki: trzeba wypić jedną szklankę z sześciu, a potem tylko kontrolować, żeby było po równo w obu grupach (chyba, że da się już zostawić jedną). Łatwo sprawdzić.

 

Teraz ciut poważniej. Już jutro lecimy do Indii na Bermuda Bowl. Myślę, że to jak dotychczas najważniejszy turniej w mojej karierze i postaramy się dać z siebie wszystko. Z powodu ostatnich afer, o których nie chcę tutaj pisać, lista groźnych drużyn nieco się przerzedziła, co niewątpliwie zwiększa nasze szanse. Oceniając sprawę realnie myślę, że nie wejście w tym przypadku do ósemki byłoby blamażem, a jak będzie dalej to zobaczymy, bo w play offach często decyduje dyspozycja dnia i to na kogo się trafi. Na pewno będzie też decydować aklimatyzacja, bo Indie to kraj specyficzny. W każdym razie trzymajcie kciuki, a ja w miarę możliwości będę pisał co i jak.