(Kilka dni)po GPPP

Chociaż od turnieju finałowego Grand Prix Polski Par minęło już kilka dni, to dopiero teraz w świątecznej gorączce znalazłem chwilę, żeby skrobnąć kilka słów (kiepska wymówka jest lepsza niż żadna). Hotel Haston (ostatnio zrobiłem literówkę w nazwie) spełnił oczekiwania co do warunków lokalowych. Przestronna sala z odpowiednią temperaturą, a pokój obok darmowa kawa (co prawda rozpuszczalna z automatu, ale pijalna, poza tym darowanemu koniu..), herbata, woda itd. Od strony organizacyjnej również bez zarzutu – turniej przeprowadzony sprawnie, bez opóźnień. Cały czas miała miejsce transmisja bbo, a z jednego stołu transmisja na żywo z dźwiękiem i obrazem! Na tym stole trzeba było się odpowiednio zachowywać. To ostatnie to zasługa Marcina Wasłowicza – młodego sędziego z Gdańska. Nie była to pierwsza impreza z takim wynalazkiem i zapewne nie ostatnia – w to z kolei ja będę miał swój mikroskopijny wkład. Marcin wracał z Wrocławia do Gdańska samolotem i statyw do kamery nie przeszedł mu kontroli bezpieczeństwa na lotnisku, więc zostawił w depozycie. Pojechałem, odebrałem, jutro przemieszczam się do Trójmiasta, więc dostarczę. Wiadomo, bez statywu ani rusz.

Wyniki zmieniały się w trakcie turnieju, momentami było dosyć sensacyjnie, skończyło się również dosyć zaskakująco, ale sensacją bym tego nie nazwał. O grze swojej pary nie będę za dużo pisał. Nie odegraliśmy w turnieju znaczącej roli, a do naszych głównych osiągnięć należało zrealizowanie szlemika (niezbyt poprawnego, delikatnie rzecz ujmując), gdy przeciwnik próbował zabić damę waletem zamiast króla oraz wzięcie 500 po następującej licytacji przeciwników:

 

2p (piki i młodszy) – 3k (inwit do pików, chyba, mam nadzieję)

4p - 5k (ups)

Kontra wyglądała na dobry pomysł. Po rozdaniu wytknąłem otwierającego braki licytacyjne – mógł przecież zalicytować 4 trefl, żeby w ewentualne kara grać na wysokości czterech...

Chociaż w sumie to mieliśmy swój jaśniejszy moment, nawet nam kilka osób gratulowało. Otóż w eliminacjach szło nam nie najlepiej i wyglądało, że trzeba będzie pojechać do domu – jak już wspominałem, ośmiu najsłabszych kończyło udział po 46 rozdaniach. Jajo złapane w szóstym od końca rozdaniu praktycznie przesądziło sprawę – strata do strefy awansowej była ogromna. Ale teraz zdarzył się mały cud – w pięciu ostatnich rozdaniach zdobyliśmy 100 punktów ze 110 możliwych i wyprzedziliśmy o kilka punktów biednego Walca. Chyba muszę odszczekać to, co pisałem ostatnio o jego farcie. Chociaż dzięki temu mógł bez przeszkód wziąć udział w zebraniu zarządu..

W czasie finału finałów dwóch zawodników się wycofało. Jeden źle się poczuł i musiał się na jakiś czas położyć. Drugi, hmm, powiedzmy, że uznał, że większy pożytek będzie z niego w sali brydżramy, jako komentatora bieżących wydarzeń niż przy stole, jako gracza. Myśl swą wcielił w życie natychmiastowo. Na szczęście natychmiast znaleźli się zastępcy. Nie powiem jak się nazywali, ale pewną podpowiedzią będzie fakt, że zebranie zarządu już się wówczas skończyło. W każdym razie turniej można było kontynuować.

Zakończenie poprowadził i nagrody wręczał prezes PZBS Radosław Kiełbasiński. Na dowód, że władza dba głównie o siebie, jedną z nagród wręczył viceprezesowi. No dobra, ostatecznie Stasiu Gołębiowski zajął drugie miejsce, więc niech będzie, że mu się należało.

Dla mnie ten turniej był ostatnim w roku. Nie ukrywam, że roku udanym. Teraz kilka dni spokoju, ale nie więcej. Już drugiego stycznia zjazd ligowy, a potem zaraz Ameryka i to na trochę dłużej. Ale o tym napiszę już następnym razem.