Jeszcze o Sopocie i Tromso.

Jestem już w Chicago, ale o tym w następnym odcinku. Na razie jeszcze parę ciekawostek z Sopotu. W czasie kongresu gdzieś koło wtorku – środy postanowiłem się ogolić. Powód? Po pierwsze byłem już z lekka zarośnięty, ale to nie było tak istotne, bo nigdy wielkim estetą nie byłem. Bardziej istotne było to, że kilku starych, gdańskich znajomych zaczęło do mnie mówić na pan. Chyba zbyt groźnie wyglądałem. Maszynka pierwszy problem z grubsza rozwiązała, ale za to przez następne cztery dni słyszałem teksty w stylu "Coś się chyba zmieniło w twoim wyglądzie, ale nie wiem co."

W Sopocie nagrody specjalne w długiej fali kumulowały się z nagrodami głównymi. Moim zdaniem raczej nie powinno tak być, bo to jakoś tam obniża motywację do walki o nagrody specjalne dla tych spoza pierwszej dziesiątki, jeśli jakiś "specjalny" jest wysoko i wiadomo, że nie ma szans go wyprzedzić. Z kolei ci z czuba niespecjalnie liczą się z nagrodami specjalnymi. Oczywiście gdy byłem jeszcze juniorem i zdarzało mi coś chapnąć w obu pulach, to miałem na tę sprawę nieco inny pogląd. Nie jest to w każdym razie wysoce istotne i oba rozwiązania nie są szczególnie zbrodnicze. Tak się złożyło, że nagrodę seniorską w kongresie zdobył galaktyk, nazwijmy go X, który świeżo został seniorem, jak się okazało. Chciałem być nieco złośliwy i spytałem go czy nie czuje się dziwnie odbierając nagrodę seniorską i czy nie chciałby się jej może zrzec. Odpowiedź była przygotowana: "Wiesz, nawet o tym myślałem, ale sprawdziłem listę i zobaczyłem, że wtedy przypadnie Ygrekowi, a to absolutnie nie wchodzi w grę". To nie jest tak, że panowie się nie lubią. Grywali ze sobą trochę, niekiedy nawet z dużymi sukcesami. Raczej nazwałbym ich stosunki złośliwo – koleżeńskimi. Co bardziej dociekliwi mogą bez większych problemów sprawdzić o kogo chodzi.

W czasie gdy my mokliśmy w Sopot, nasza młodzież walczyła o medale w Tromso. Jak tam jest to już opisywałem. Słońce jeszcze nie zdążyło wtedy zajść. Zachodziło (za wikipedią) 29 lipca, czyli bodajże dwa dni po końcu zawodów. Nasza młodzież spisała się znakomicie, przy okazji dostarczając co nieco emocji. Grało się w czterech kategoriach – U25, U20, U15(!) i dziewczęta. Najmłodsi nie zawiedli pokładanych w nich oczekiwań i zdobyli złoto, chociaż wszystko rozstrzygnęło się pod koniec ostatniego meczu na Szwecję. Nie był to więc spacerek. A dlaczego naszych dzieciaków można było uznawać za jednych z faworytów? Ponieważ wydaje się, że w Polsce mamy w tej kategorii więcej zawodników niż być może reszta świata. Dość powiedzieć, że w Mistrzostwach Polski Młodzików potrafi wystartować pod sto par. Reszta reprezentacji zaczęła dosyć niemrawo. Co prawda U25 wzięło w pierwszych dwóch meczach komplet punktów, ale potem się zacięło. To dosyć częste zjawisko, że nasze drużyny zaczynają tak sobie, a potem się rozkręcają. Nie wiem dokładnie z czego to wynika. U20 niestety nie podniosło się do końca zawodów i skończyli koło dziesiątego miejsca. Pamiętam jak w 2007 roku na takich samych zawodach we włoskim Jesolo nasi nie musieli już grać dwóch ostatnich meczów, taką mieli przewagę. Niestety świat poszedł zdecydowanie do przodu i przynajmniej kilka krajów posiada obecnie poważne programy treningowe, czego nie było jeszcze kilka lat temu. Dość powiedzieć, że młodzi Szwedzi (chyba już o tym kiedyś pisałem) są obecni na wszystkich nationalsach amerykańskich. Ja wiem, że od samego grania w Ameryce nikt mistrzem brydżowym nie zostanie, ale na pewno sporo gry na poważną opozycję przynosi wymierne efekty. Graliśmy na chłopaków kilka razy i muszę powiedzieć, że trzymają się stołu. Oni zresztą też dali ciała w tych zawodach, bo mieli wygrać spacerkiem, a musieli uznać wyższość Holendrów. Mniej więcej w połowie dystansu u dziewczyn i U25 wyglądało to tak sobie. Wtedy nastąpiły w drużynach przetasowania personalne, co spowodowalo pewne głosy krytyki. Że na mistrzostwa nie pojechały pary, tylko zawodnicy itd. Uważam, że krytykowanie decyzji trenerów w czasie zawodów, gdy niebardzo zna się panujące realia, jest z lekka nie na miejscu, zwłaszcza gdy jeszcze nie wiadomo jakie to przyniosło efekty. A efekty przyniosło niezłe, bo juniorzy wygrali, a juniorki zdobyły srebro z ogromną przewagą. Muszę się przyznać, że po paru meczach po przetasowaniu przewidywałem te wyniki i gdyby można było coś na to postawić, to bym nie żałował kasy. U dziewczyn nawet po cichutku liczyłem na złoto i wiele nie zabrakło, mimo że Francja wydawała się poza zasięgiem. Wystarczyło, żeby Holandia stawiła im opór w przedostatniej rundzie. Co do juniorów, to poza tym, że wyglądało mi, że nasi wygrają, to przewidziałem spadek z podium Anglików, którzy prowadzili z pewną przewagą. Co prawda juniorem przestałem być kilka lat temu, ale widać trochę się jeszcze orientuję, bo Anglia skończyła na czwartym. Żeby nie było, że jestem taki bardzo mądry, to powiem, że nie miałem takich jaj jak trener Janek we wspomnianym już Jesolo. Zajęliśmy wówczas w juniorach trzecie miejsce – po słabym początku, a jakże, ale nie w tym rzecz. Otóż po sześciu meczach Norwegia zgromadziła wtedy 143VP ze 150 możliwych (grało się jeszcze starą tabelką). Co więcej, nie był to wynik przypadkowy – ci goście umieli grać w karty. Janek stanął przed tablicą wyników, podrapał się po brodzie i rzekł: "Norwegia bez medalu". Skończyli na czwartym miejscu..

A wracając do naszych obecnych juniorów, to wygrali z zadartą kitą. No dobra, nie do końca. Powiedzmy, że przez dwie ostatnie rundy toczyli korespondencyjny pojedynek ze Szwecją. Obie drużyny grały raczej z outsiderami i pytanie było kto wyżej wygra. Przed ostatnim meczem nasi mieli ok. 2vp przewagi. W ostatnim wzięli ponad 16, ale Szwedzi strasznie lali Greków. I lali ich i lali i wyglądało, że już pozamiatane, ale przyszło ostatnie rozdanie. Można było grać szlemika w piki. W treflach brakowało asa, a kara były Ax do D10. Z której ręki lepiej? To zależy gdzie jest król karo. Sprawa raczej czysto losowa. Szwedzi stosują po treflu transfery, więc ustawili od asa. Wist w karo z blotek, drugi miał KW i noga. Grecy zagrali "naturalnie" od D10. Też wist w karo, po namyśle w końcu przepuszczone, bo nie było innych sensownych szans. 17 impów dla Greków i ostatecznie Polska na czele o 0,34 VP. Niezłe jaja. Dodam, że to wszystko działo się długo po zakończeniu meczu Polaków, więc większość naszych (i dużo innych ludzi) wpatrywało się z napięciem w ekran z transmisją. Ciekawostka – w transmisji na żywo przez kamerę słychać okrzyki radości dochodzące z korytarza po przepuszczeniu kara. Czasem trzeba mieć też po prostu trochę szczęścia. Ale ono zwykle idzie w parze z dobrą grą. A ja serdecznie gratuluję wszystkim naszym młodym zawodnikom.