Gatlinburg.

Od poniedziałku gramy regionalsa w Gatlinburgu. Jest to miasteczko (ok. 4 tys. Mieszkańców) położone w malowniczym rezerwacie Smoky Mountains. Po naszemu to chyba góry dymne, ale nie natknąłem się nigdzie na żadne tłumaczenie. Polecieliśmy do Atlanty, a później trzeba by czekać kilka godzin, więc wynajęliśmy samochód i pojechaliśmy. Jakieś 300 km, z czego ostatnie kilkadziesiąt właśnie przez góry. Parę razy na drodze robił się mini korek, bo ludzie się zatrzymywali, żeby robić zdjęcia. Powodem były niedźwiadki przechadzające się kilkadziesiąt metrów od drogi. To jest właśnie wizytówka tych gór – niedźwiedź czarny, czyli baribal. Trochę się ich kręci po okolicy. Poza tym nieco mniejsza fauna – po balkonie często biegają nam wiewiórki. W dole płynie strumień, okolica malownicza. Jednym słowem sielanka. Ale nie przyjechaliśmy tutaj podziwiać widoków, a przynajmniej nie był to główny powód. Tym razem gramy w polskim składzie, czyli oprócz nas Grzesiek z Krzyśkiem i Jacek z Józiem. Turniej cieszy się ogromną popularnością. Jest to największy regionals w Ameryce. W pierwszym knockoucie zebrało się osiemnaście pełnych bracketów po szesnaście drużyn. W drugim było chyba dwadzieścia. Jest to swoisty fenomen. Być może to okolica działa na ludzi zachęcająco. Za ilością idzie też jakość. Turniej jest dobrze obsadzony. Pierwszy knockout udało nam się wygrać. Najcięższą przeprawę mieliśmy w drugiej rundzie na z pozoru łatwych przeciwników – dwie bliżej mi nieznane pary mikstowe. Państwo grali bardzo dobrze i celnie. Zasunęli naszym 3 bez atu na 22pc i paru impasach, które poszło. Wygraliśmy praktycznie ostatnim rozdaniem, w którym nam nie dograli dobrego szlemika, którego zagrali Grzesiek z Krzysiem. Skończyło się na plus pięć. Pozostałe rundy poszły w miarę gładko, a w finale przeciwnicy mogli się praktycznie zrzucić po połowie, bo było plus 54, ale zagraliśmy drugą, która skończyła się podobnie. Wczoraj już niestety nie było tak dobrze i polegliśmy w drugiej rundzie, więc dzisiaj gramy od nowa. Za nami pierwsza runda i znowu było gorąco. Znowu dwa miksty i znowu zagrali całkiem nieźle. Wygraliśmy jednym impem, głównie za sprawą następującego rozdania. Pani dostała kartę:

 

AWx

Kxx

AD10x

xxx

A jej partner otworzył 1k (3+). Nieco pochopnie zarządziła 3 rogale. Nie była to dobra dezycja, bo pan dołożył:

 

KDxx

AW98

KW9xx

-

Chwilę się powoził, ale spasował. Nasi zagrali i wygrali znakomitego szlema, a Jacek nie miał problemu z wistem, bo w treflach miał AKDW, na szczęście szóste. Dlaczego na szczęście? Bo jakby miał piąte, bo by było +16 i dogrywka, a tak +17 i uff. To na razie tyle, bo zaraz muszę lecieć grać drugą rundę, ale potem na pewno coś jeszcze napiszę.