Relacja Jacka Kality z pierwszego turnieju par

Phoenix to miasto na południowym zachodzie USA. Różnica czasu w stosunku do Polski wynosi osiem godzin. W związku z tym, żeby się spokojnie zaaklimatyzować, przylecieliśmy tutaj już we wtorek wieczorem, chociaż grało się dopiero w piątek. Mieliśmy więc trochę czasu na aktywności pozabrydżowe. W planie mieliśmy nawet Wielki Kanion, oddalony o jakieś 400 km – z naszego pokoju widać dalekie góry, robi to spore wrażenie. Niestety, z tych planów nic nie wyszło. Ale byliśmy przynajmniej na meczu NBA. Miejscowi Suns (szkoda, że już bez Marcina Gortata – spóźniliśmy się z miesiąc czy dwa) podejmowali Portland Trail Blazers. Bilety relatywnie tanie – niecałe trzydzieści dolarów. Co prawda miejsca nie z tych przy samym parkiecie – te są dużo droższe, ale nie przeszkadzało to w żaden sposób w odbiorze. Krótko mówiąc - fajnie chłopaki grają. Mecz miał ciekawy przebieg. Do połowy drugiej kwarty goście prowadzili dwudziestoma punktami i wydawało się, że jest po wszystkim. Ale potem gospodarze włączyli drugi bieg i zakończyło się wynikiem odwrotnym. Poza samą grą jest to jedno wielkie przedstawienie. W każdej krótkiej przerwie mnóstwo reklam, filmików, konkursów, rzucania koszulek, występy „pomponiar”, itd., itp.

Co do brydża, to w piątek i sobotę graliśmy Nail Life Master Pairs. Jest to mniej prestiżowy z dwóch rozgrywanych tutaj głównych turniejów par, ale grało sporo przyzwoitej opozycji. Dzień eliminacji i połowa awansuje do finału. Carry over relatywnie niewielkie. Między pierwszą a ostatnią parą w finale różnica lekko ponad trzech maksów przy 52 rozdaniach do zagrania.

Maksy to specyficzna gra. W eliminacjach graliśmy słabo, ale mimo to spokojnie awansowaliśmy z piętnastego miejsca. W pierwszej sesji finału było parę poważnych wypadków, ale "fart siedział" i nagraliśmy 61%, co dało awans na miejsce piąte. Ostatnią sesję wreszcie zagraliśmy porządnie, ale fart się zupełnie wyczerpał i  spadliśmy na dziesiąte. Wynik przyzwoity, ale bez szału. W tego typu turniejach liczą się głównie zwycięstwa. Wygrać nie mieliśmy szans, nawet przy idealnej grze.

W tej ostatniej sesji co chwilę nas kąsali. W jednym z rozdań Michał otworzył 1♣(3+) z kartą:

♠Kxx ♥xx ♦ADxx ♣KD10x w założeniach korzystnych.

Przeciwnik z lewej 1♥ i dwa pasy. Wznowienie wydawało się normalne. Ale teraz już poszło:

 

W

N

E

Michał

S

 

 

1♣

1♥

pas

pas

ktr.

rktr.

2♣

ktr.

pas

2♠

pas

2BA

pas

3♥

pas

4♥

pas…

 

Kontra N oznaczała „jakieś punkty”. Oto rozkład:

 

♠ 109x

 

 

♥ Dx

 

 

♦ 10xxx

 

 

♣ AWxx

 

♠ Wxx

N

♠ Kxx

♥ 10xx

W             E

♥ xx

♦ Kxx

♦ ADxx

♣ xxxx

S

♣ KD10x

 

♠ AD8x

 

 

♥ AKWxxx

 

 

♦ Wx

 

 

♣ x

 

Z realizacją dziesięciu lew rozgrywający nie miał więc kłopotu. Dostaliśmy za to kilkanaście procent.

Odgryźliśmy się zaraz w drugim rozdaniu tego samego kompletu (EW po):

 

♠ 98

 

 

♥ D

 

 

♦ A97432

 

 

♣ A1072

 

♠ KD7

N

♠ 632

♥ A10532

W             E

♥ K76

♦ W10

♦ K86

♣ D53

S

♣ KW94

 

♠ AW1054

 

 

♥ W984

 

 

♦ D5

 

 

♣ 86

 

 

W

Jacek

N

E

Michał

S

1♥

2♦

2♥

ktr.

pas

3♣

ktr.

3♦

pas

pas

ktr.

pas…

 

Wist w karo, do damy dołożyłem waleta, rozgrywający zagrał trefla w koło, więc Michał wziął i połączył atu drugi raz.  Już musiało być trzysta. To z kolei było warte ponad 90%.

Dzisiaj zaczynają się dwudniowe teamy Board-a-match, czyli systemem „punkt za rozdanie”, który był u nas popularny kilka lat temu. Chodzi tylko o to, żeby uzyskać w rozdaniu wynik lepszy niż przeciwnicy, a czy różnica będzie wynosić 10 punktów, czy 2000, nie ma najmniejszego znaczenia. Jak zwykle, dziś eliminacje i jutro finał. Do finału awansuje około połowy. My w pierwszej sesji pauzujemy. Grają Rafał z Wojtkiem oraz Józef Blass z Marcinem Leśniewskim. Wchodzimy na sesję wieczorną. Trzymajcie kciuki za nasz dobry wynik.

Jacek Kalita